Jesteśmy rodzeństwem, które poza więzami krwi
połączyła ogromna pasja, zawód i wspólne cele.

Wielkie moce małego Aleksandra

fotografia ślubna warszawa

Link bezpośredni: http://www.youtube.com/watch?v=4L2A-yMsFGY

Nareszcie! Po ponad 3 miesiącach niebytu wracamy z nowym filmem. Mamy nowe światło, nowy dźwięk i, choć tym razem przesadziliśmy z długością (nie zmieściliśmy się w 20 minutach), mam nadzieję, że udało nam się podać temat w nowy i wciągający sposób. Produkcja przerosła nas do tego stopnia, że w między czasie chodziło nam już po głowie wywieszenie białej flagi, a ostatecznie całość opóźniła się o 2 tygodnie. Warto było jednak dotrwać, bo na każdym roku napotykamy zachwyconych posiadaczy OM-D i temat jest na czasie jak nigdy dotąd! Udanego seansu! :)

Szanowni, Moi Drodzy, Kochani!

Jesteśmy na wakacjach. No, może trochę zimno, ale okoliczności przyrody są wyjątkowo piękne. Za mną znajduje się najwyższy szczyt włoskich Dolomitów, Marmolada. Jest tam też Sella Ronda, Rosengarten, masyw Sassolungo. A dla nas, ludzi, którzy na nartach jeżdżą od bardzo wielu lat, to miejsca wyjątkowo piękne. I to pierwszy raz kiedy zabraliśmy ze sobą tak strasznie mało sprzętu fotograficznego – wszystko co mamy mieści się w tej torebce, saszetce w zasadzie, trzy obiektywy i korpus. I tym razem Olympus zaskoczył nas znowu tak strasznie, że postanowiliśmy wreszcie zrobić cały odcinek o tym, jak wygląda praca system OM-D w rękach ludzi, którzy na co dzień pracują aparatami pełno-klatkowymi.

Opowieść zacznę od sprostowań. „Od bardzo wielu lat” oznacza „przez większą część naszego życia”. W tym roku mija dokładnie 20 lat odkąd pierwszy raz stanęliśmy na stoku i przez te dwie dekady wyhodowaliśmy sobie niesamowitego świra na punkcie narciarstwa. Zresztą, ta historia jest bardzo podobna do historii naszej fotografii – narty wynieśliśmy z domu, były z nami od dziecka i uczyliśmy się jeździć na własną rękę, podglądając innych. Dziś może nie jesteśmy ideałami techniki skrętu, ale na śniegu czujemy się dużo pewniej na nartach niż na butach. No, mówiąc wprost, narty to coś co na prawdę uwielbiamy. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jesteśmy DR5000 i w góry nie pojedziemy bez aparatu.

Kiedyś do tego celu wystarczył nam kompakt, później pierwszy raz zabraliśmy ze sobą lustrzankę – najmniejszą, najlżejszą i tanią – starego, używanego Nikona D40x z Nikkorem 18-105 VR. Optycznie to był strzał w dziesiątkę, ale był to jednocześnie nasz ostatni raz z lustrzanką na nartach. Na stoku aparat okazał się gigantyczny i niewyobrażalnie nieporęczny.

Trzeba mieć świadomość, że narty to sport, a skręty to siły – równowaga pomiędzy grawitacją i siłą odśrodkową i każdy gram może ją całkowicie zaburzyć. Dlatego waga i rozmiary aparatu są tak strasznie ważne. Poza tym jeżdżąc z lustrzanką, z każdym upadkiem modliłem się aby jakimś cudem ta cegła nie wbiła mi się w żebra. Albo w kręgosłup. DLATEGO też, zawsze idealny to tego był mały, kieszonkowy kompakt, a lustrzanka okazała się tak wielkim niewypałem. Na szczęście nie odpuściliśmy i w tym roku fotografowaliśmy z przepłytką głębią ostrości i przeplastyką. A to dlatego, że po raz pierwszy w góry zabraliśmy Olympusa OM-D E-M1.

Ale co to jest i dlaczego takie to fajne? W dwóch słowach to po prostu bardzo nowoczesny aparat. Olympus w pewnym momencie zabłysnął i właściwie przestał produkować lustrzanki, a dziś została w sprzedaży ostatnia, czteroletni Olympus E-5. Wcześniej powstała już cała gama aparatów bez lustra, jeszcze bez wbudowanego wizjera, zaawansowanych hobbystyczno-amatorskich, PENów, a później z wizjerem elektronicznym, zawodowych OM-D, które ostatecznie przypieczętowały koniec lustrzanek Olympusa. Przynajmniej tak to wygląda. To o tyle ważne, że w momencie pojawienia się pierwszego OM-D, na rynku istniała już bogata oferta obiektywów do PENów. Czyli całkowicie odwrotnie niż w kiedy pojawił się Sony A7, do którego w kilka tygodni, miesięcy po premierze wciąż można przypiąć w zasadzie tylko dwa przeciętnie ciekawe, dedykowane obiektywy. Wybór optyki był w ogóle jednym z decydujących czynników, który zadecydował o naszym wyborze Mikro Cztery Trzecie.

Z perspektywy klasycznej lustrzanki, można powiedzieć, że wiele spraw w rozwoju bezlustrowców zmierza w zupełnie innym kierunku niż w klasycznych aparatach z lustrem, te konstrukcje strasznie się rozmijają. Moim zdaniem to jest właśnie przyczyna trendu pewnego rodzaju „negowania” tych aparatów przez wielu fotografów. Lękają się nieznanego, a to błąd. Ogólna budowa wszystkich bezlustrowców jest wręcz prymitywna, sprowadza się do matrycy, wyświetlacza i obudowy. Nie ma pryzmatu, matówki, osobnego sensora detekcji fazy. Nie ma przede wszystkim komory lustra i samego lustra. To wszystko ogromnie wpłynęło na rozmiar aparatu, no ale nie tylko. Autofokus oparto o bardzo skuteczną detekcję kontrastu oraz detekcję fazy na bazie sensorów naklejonych na matrycę. Efekt? Fizycznie całkowicie zniknął problem z back i front focusem, nie ma kalibracji nachylenia lustra, kalibracji systemu detekcji fazy. W ogóle nie ma tych odległości, które zawsze musiały zgadzać się z ogromną dokładnością. Od teraz ostrość łapie dosłownie sama matryca aparatu, która przecież tą samą płaszczyzną rejestruje obraz. Brak wizjera optycznego to moim zdaniem kolejna gigantyczna zaleta i z owacjami przywitamy nowego Nikona D900 mam nadzieję już z wizjerem elektronicznym. Dlaczego? To zwyczajnie dużo lepsze rozwiązanie. Na przykład, kiedy w OM-D na przyjęciu albo koncercie, światło lasera przypadkiem wpada przez obiektyw, trafia na matrycę, a wizjer tylko to wyświetla z nieporównywanie mniejszą intensywnością. To jak oglądać laser w telewizji. W tej samej sytuacji, w lustrzance, to bardzo mocne światło padłoby na lustro, odbite do wizjera i bezpośrednio na siatkówkę oka, a to może nieodwracalnie uszkodzić wzrok. Wizjer elektroniczny dodatkowo wyświetla ekspozycję i balans bieli, jeszcze przed wyzwoleniem migawki. W wizjerze można też wyświetlać niezliczone ilości informacji, nawet tak skomplikowanych jak histogram czy pion i poziom! A co chyba z tego wszystkiego najważniejsze, wizjer wyświetla również podgląd zdjęć i świetnie działa nawet w pełnym słońcu. To akurat bezcenny bezcenny ficzer.

Dla wyznawców starej szkoły, za pewne najbardziej szokujący będzie autofokus, ale podczas pracy. Kuriozalnie, to dokładnie ten sam schemat, detekcja kontrastu, która tak fatalnie działa w Live View Nikonów i Canonów. A problem leży w optyce zaprojektowanej do detekcji fazy lustrzanek – Olympus od początku budował obiektywy do detekcji kontrastu i w E-M1 sytuacja jest całkowicie odwrotna – AF działa tak samo szybko jak AF fazowy w D800 czy 5D, tyle, że jest dużo bardziej precyzyjny. Dużo, dużo bardziej, nawet niż canonowe podwójne punkty krzyżowe. A punktów jest aż 81 i każdy z nich ma skuteczność punktu krzyżowego. Do tego są równomiernie rozłożone na całej powierzchni kadru, po same narożniki i krawędzie. To sytuacja znowu całkowicie odwrotna do tego co robi ostatnio Canon i Nikon. Canon 6D ma w zasadzie jeden użyteczny punkt na środku, a nowe Nikony D610 i Df mają 39 punktów rozmieszczonych na środku kadru niepełnej klatki, bo to przecież przeszczep z niepełno-klatkowego D7000. Czyli nie dość, że jest średnio precyzyjny, to wszystkie punkty umieścili w zasadzie w jednym miejscu, na środku. Tymczasem podczas sesji studyjnej, o której powiem za chwilę, OM-D zaliczył jakieś trzy, pięć nieostrych zdjęć na 800 w ogóle wykonanych. Te proporcje chyba mówią za siebie.

Tak sprawny system ostrzenia działa też w trybie video, to właśnie dzięki tym obiektywom. To chyba pierwszy aparat, w którym można polegać, polegać to nie, czasem używać automatycznej ostrości podczas filmowania. Działa świetnie. Płynie wolno, spokojnie, trafia idealnie i nie ma tendencji do nagłych nieuzasadnionych poprawek. Pod tym względem Olympus działa jak normalne, dobre kamery. To na prawdę nowa jakość, bo dotychczas we wszystkich modelach wszystkich innych producentów działało to katastrofalnie źle.

Do wielu spraw w E-M1 my dziś już przywykliśmy i wielu nie zauważamy, ale pamiętam, że w pierwszej chwili mocno zadziwiła nas jego szybkostrzelność. Pamiętamy to pierwsze wrażenie i teraz wszędzie gdzie możemy, z premedytacją, satysfakcją i uśmiechem w sercu szokujemy starszych Panów w kraciastych koszulach, z Canonami 1Dx w garści, którzy chyba w ogóle nie radzą sobie w życiu bez trybów seryjnych. Pojawienie się w zasięgu ich słuchu z malutkim, nie budzącym postrachu E-M1 to coś, czego nie da się kupić kartą Visa Electron. A 10 klatek na sekundę brzmi tak: (…)

I może to wcale tak nie wyglądać, ale ta migawka jest super cicha, to co było słychać to po prostu wzmocniony poziom dźwięku. I to jest kolejny wielki atut tego małego aparatu. Nie dalej jak 3 tygodnie temu fotografowaliśmy podczas spotkania biznesowego w hotelu Westin. Nasz klient poprosił nas o jak najbardziej dyskretną pracę. To był kluczowy warunek, mieliśmy nie rozpraszać, nie błyskać i generalnie trzymać się na dystans, nawet kosztem dobrych zdjęć. Najpierw próbowaliśmy D800, później D700, ale sami doskonale czuliśmy, że lustrzanką strasznie przeszkadzamy. To było nie do przyjęcia, więc w zasadzie od początku do końca pracowaliśmy prawie wyłącznie Olympusem. a ostatecznie klient był bardzo zadowolony z efektów, wręcz bardziej niż zwykle. Jedyne czego mogliśmy żałować, to to, że nie mieliśmy tam dwóch takich E-M1.

Po zagranicznych wojażach rozpływaliśmy się również nad olympusową, 5-osiową stabilizacją matrycy. W tym miejscu powracam do wielbłąda. To kadr nagrany z ręki, przez otwarte okno samochodu, przy 40 km/h, z ekwiwalentu ogniskowej 35 mm. A taki efekt można uzyskać przy użyciu każdego obiektywu, nawet starego Heliosa, bo stabilizacja siedzi przecież we wnętrzu tego korpusu. Czasem w statycznym kadrze, można wręcz odnieść wrażenie, że aparat się zawiesił, a to wciąż film tylko stabilny.

Są jednak sprawy, które nas irytują, strasznie. Wyświetlacz zewnętrzny. Niby jest jasny, duży, szczegółowy, odchylany i dotykowy, ale dla nas jest zupełnie bezużyteczny jeśli chodzi o kolory i dynamikę. Zachowane w ekspozycji hajlajty na wyświetlaczu wyglądają na prześwietlone, a kolory zupełnie nie odpowiadają temu co jest faktycznie w pliku i wyświetlają się w jakiś, taki zgniły sposób. To zwyczajnie deinspiruje i zupełnie nie wpisuje się w naszą ideologię, zdjęć na wyświetlacz. Oczywiście omijamy ten problem, po prostu stale używając wizjera – w ten sposób mamy podgląd idealny, sporo więcej prądu na jednym ładowaniu i jest wszystko ok, ale nie sposób nie zauważyć, że wyświetlacza używamy tylko w ostateczności.

Na początku przeszkadzało nam też przesadnie optymistyczne wyświetlanie szumu. Po powrocie z Izraela byliśmy zaskoczeni jak bardzo zaszumione są niektóre zdjęcia wykonane na wysokim ISO12800 – w aparacie wyglądały na całkiem czyste, a pliki takie nie były. Dziś już wiemy jakiego poziomu szumu spodziewać się na poszczególnych czułościach i wiemy w jakich warunkach nie przesadzać.

Jest też taka wada, które na papierze faktycznie wygląda źle i od lat jest powodem krytyki Mikro Cztery Trzecie – to rozmiar matrycy, który format micro odziedziczył po dużym Cztery Trzecie. Podobnie jak w starych lustrzankach, w nowych Olympusach matryca jest 4-krotnie mniejsza niż matryca pełno-klatkowa, mówię o rozmiarze fizycznym, w milimetrach. Oznacza to, że 16-Mpix’owa matryca to wycinek, ćwiartka wyimaginowanej 64-Mpix’owej matrycy pełno-klatkowej – której na dzień dzisiejszy jeszcze nikt nie zbudował. Czy to wada? No, tak mówią…. Na pewno ma to ogromnym wpływ na głębię ostrości. Nie wnikając w szczegóły obliczeń, głębia jest tu większa o 2EV, czyli np. M.Zuiko 12 mm f/2, to taki sam kąt widzenia i głębia ostrości jak 24 mm f/4 na pełnej klatce. Problemem też jest upakowanie pikseli, a konkretnie ich ogromna liczba na małej powierzchni. Tu niestety fizyka jest dla Olympusa bezlitosna. Do matrycy OM-D E-M1 obiektywy muszą mieć rozdzielczość optyczną identyczną, jak obiektyw zaprojektowany do 64-Mpix’owej matrycy pełno-klatkowej. O ile wiem, póki co jedynie Zeiss Otus jako-tako radzi sobie z 36-Mpix’ami D800E. To tyle teoretycznego bełkotu, bo 4 miesiącach używania E-M1, podsumowałbym te wady tak: (…)

Naszym podstawowym obiektywem w Alpach, zresztą też jest na co dzień, był M.Zuiko 75 f/1.8 i to jest absolutna gwiazda tego systemu. Jego istnienie jest dla nas fundamentem całego Mikro Cztery Trzecie. To obiektyw tak strasznie ostry, że jeśli wgryźć się odrobinę w temat okazuje się, że wartości określające jego rozdzielczość wyglądają jak błąd pomiarowy. Otwarty całkowicie deklasuje świetne obiektywy pełnoklatkowe, a więc ma ponad 4-krotnie wyższą rozdzielczość optyczną, 2-krotnie więcej linii. Musi taki być, aby być ostrym na małej matrycy. Wrócę do tego jeszcze, bo warto to dobrze zrozumieć. Dla jasności, ta 75-tka na Olympusie to dokładnie ten sam kąt widzenia i ta sama głębia ostrości co 150mm f/3.5 na pełnej klatce i chętnie sięgamy po ten obiektyw zamiast 70-200 f/2.8.

Co jeszcze używamy w tym systemie? Mamy M.Zuiko 17mm f/1.8, czyli odpowiednik 35-tki. Jest o taki mały. Optycznie nie można mu nic zarzucić, jest szybki jak błyskawica, a maleńki przedni element czyni go odpornym na wszelką destrukcję, nie sposób go zarysować i zbrudzić. To obiektyw, którym nagraliśmy prawie całość filmu w Izraelu i wykonaliśmy większość zdjęć. Nie ma jakichś specjalnych właściwości, nie podaje kawy, ale bardzo lubimy nim fotografować. Nigdy nas nie zawodzi.

Mamy też bardzo szeroki Zuiko 9-18, czyli ekwiwalent 18-36 na pełnej klatce. To taka sprytna konstrukcja, którą można złożyć prawie do rozmiaru 17-tki. Obiektyw jest całkiem ostry, kolorowy i kontrastowy. Do tego bardzo lekki, plastikowy i maleńki. Wstępnie jesteśmy z niego bardzo zadowoleni, ale nie mieliśmy jeszcze okazji fotografować nim na poważnie, więc póki co, jest to opinia nie mająca nic wspólnego z fotografią. Ten film powstaje właśnie przy jego użyciu.

Można bardzo długo zachwycać się lekkością OM-D, jego stylem, funkcjami, biżuteryjnym wręcz wykonaniem, ale tak na prawdę mało jest treści w tych informacjach. E-M1 jest wyraźnie adresowany do fotografów zawodowych i kilka tygodni temu postanowiliśmy skoczyć na główkę i skonfrontować go z zawodowymi realiami, po prostu zrobiliśmy nim zdjęcia w studiu. Zupełnie bez wiary, z D800 u boku, podłączyliśmy go do wyzwalaczy i po pierwszych trzech wyzwoleniach migawki zaniemówiliśmy. To była jedna z takich sytuacji, kiedy dzieje się coś na tyle nieoczekiwanego, że sami w to nie wierzymy i szukamy co się zepsuło. Oczywiście wszystko było w porządku, taki jest po prostu ten aparat, zaskakujący.

Ponad rok temu, bardzo podobną sesję wykonaliśmy w studiu przy użyciu Nikona D700 i Nikkora 70-200 f/2.8 VRII. Zawsze byliśmy zachwyceni ostrością tego zestawu i po zdjęciach wcale nie żałowaliśmy takiego akurat wyboru. Dla ustabilizowania kadru dodatkowo aparat przykręciliśmy do statywu, to w końcu dość długa ogniskowa, a przy okazji było lżej. Zadowoleni byliśmy też ze światła. Wtedy zastosowaliśmy clamshell, czyli dwie lampy ustawione w konfiguracji powyżej oraz poniżej twarzy. Taki sposób oświetlania daje piękne, równomierne i kontrolowane światło. Trzecia lampa regulowała ekspozycję oraz winietowanie tła. Użyliśmy jeszcze dwóch dodatkowych lamp do definiowania konturu, ale nie komplikujmy, nie o tym ten film.

W tym roku zastosowaliśmy mniej więcej podobny zestaw oświetleniowy, a fotografowaliśmy Olympusem E-M1 z M.Zuiko 75 f/1.8. Cała sesja odbyła się w tym samym Makeuplaceie, w którym bawiliśmy z sylwestrową Miss Ferreirą. Jak się łatwo domyślić, mistrzowski makijaż to oczywiście zasługa niezawodnej Anety Błaszczak. Czyli, poza aparatem, poszliśmy utartą i sprawdzoną ścieżką, musiało się udać.

Do oświetlania użyliśmy dwóch lamp Genesis Reporter, które podłączone były do jednego baterypacka i zapakowane do softboxów Phottix Easyup. Wyzwalacze to dedykowane rozwiązanie Genesisa i z Olympusem działało dokładnie tak samo jak z Nikonem D800 – idealnie. Statyw do clamshella zrobiłem ja, przy użyciu aluminiowych rurek z lokalnej hurtowni takich rurek, które przymocowałem do dużego statywu Quantuum Air 260. Na jego szczycie znajduje się otwór, do którego bom wpasował się idealnie. Dolną rurkę przymocowałem za pomocą takiego oto plastikowego mocowania do bomów. To wysoki statyw, o dużym rozstawie nóg, wiec całość stała stabilnie, a lekkie światło można było przenosić jedną ręką. Oczywiście oświetlaliśmy też tło – małymi lampami Youngnuo YN-460 II, dzięki czemu mogliśmy kontrolować ekspozycję tła – z high key, czyli białego tła, do low key, czyli ciemnoszarego przełączaliśmy, w przenośni, jednym kliknięciem.

Oczekiwaliśmy, że uda się też podłączyć Olympusa do komputera i będziemy mogli na bieżąco podglądać zdjęcia na dobrym monitorze, niestety nic z tego. Olympus po podłączeniu kabla USB lub HDMI, w ogóle nie jest w stanie robić zdjęć, w zasadzie wygląda jakby wyłączał się. Wielka szkoda, bo tak jak już wspomniałem wyświetlacza nie pokochaliśmy, a też baliśmy się o kolory, to był pierwszy raz z E-M1 w studiu. Zdjęcia można oczywiście podglądać np. poprzez WiFi na bardzo dobrej Retinie iPada, ale to tylko półśrodek, nie da się tego robić na bieżąco, tylko dopiero po fakcie.

Poza tym, aparat okazał się niesamowity. Autofokus działał fantastycznie, nieporównywalnie bardziej precyzyjnie niż horror z detekcją fazy w D700. Wizjer pozwalał bardzo precyzyjnie oceniać efekty pracy, aparat normalnie wyzwalał błyski, nie mamy też zastrzeżeń do czasu pracy baterii. Sprzęt okazał się też lekki i bardzo wygodny, nawet pomimo dodatkowego gripu i kilku godzin pracy. No tym razem aparat nie stał na statywie, a stabilizacja bardzo skutecznie pomogła w precyzyjnym kadrowaniu. Okazało się, że nawet olympusowe proporcje obrazu 4:3 bardzo pomagały, bo w pliku rzeczywiście rejestrują się dodatkowe marginesy, dzięki którym można przesuwać kadr bez utraty rozdzielczości i zamiast przycinać, wystarczyło przesuwać ramkę w Lightroomie.

Ogólnie nie mieliśmy nawet najmniejszych zastrzeżeń do pracy z E-M1 w studiu i czuliśmy ogromną, gigantyczną przepaść jeśli chodzi o wygodę i lekkość pracy w porównaniu do sesji z użyciem pełnej klatki, ale to nie to zaszokowało nas po trzecim wyzwoleniu migawki, o czym powiedziałem wcześniej. To co nas uderzyło najbardziej to ostrość. Ja byłem wręcz przekonany, że to co widzę, to przekłamanie, że to jak z tym ISO, aparat wyświetla to optymistycznie, lepiej niż faktycznie jest. Zresztą to przecież nie możliwe, to mała matryca, mały obiektyw. Tak… a później porównaliśmy kadry z Olympusa z tymi sprzed roku, z najostrzejszymi z D700 jakie byliśmy w stanie wybrać. Niech gra muzyka….

Na forach próbowałem wytłumaczyć jak gigantyczna jest przewaga systemu Olympusa nad pełnoklatkowym Nikonem, że jest mniejszy, a mimo to daje ostrzejszy obraz, ale pomimo, że miałem 100% pewności co do mojej racji, wielu nie załapało matematyki i fizyki. Wnioski więc uproszczę. Mam dwa pliki, o podobnej rozdzielczości i w powiększeniu jeden do jednego oraz w wydruku A4, jeden z nich jest dużo lepszy niż drugi. A mnie, fotografa interesuje zdjęcie, a nie procesor, wielkość piksela czy kropfaktor.

Do mnie też nie przemawia argument wysokiej ceny. To bardzo zaawansowane, niezawodne narzędzie, które pozwala nam zarabiać pieniądze. Tylko w tym roku, w ciągu ostatnich trzech miesięcy, licząc jego proporcjonalny udział w wykonanych przez nas zdjęciach, aparat zarobił dla nas swoją równowartość, spłacił się. Ale przez to, że to jednak sprzęt dużo tańszy niż D800, straciliśmy mniej na amortyzacji. Tak, oczywiście, moglibyśmy mieć za to D610 czy 6D, ale żaden z nich nie jest tak lekki, tak szybki i nie łapie tak precyzyjnie ostrości. Żaden z nich nie wnosi nic nowego.

Olympus pokazuje czym w końcu wszyscy będziemy fotografowali za kilka lat i warto na niego spojrzeć jak na zmaterializowany obraz nadchodzącej przyszłości. Jest mniejszy, a jednocześnie technicznie to krok do przodu. Oczywiście w wielu sytuacjach nie zastąpi D800, ale też w wielu go przeskakuje. Za to oba systemy pracując równolegle świetnie się uzupełniają, a jeden wypełnia luki drugiego i na odwrót. Po pierwszej sesji z Mikro Cztery Trzecie w studiu, karą i przykrym wydarzeniem będzie używanie w podobnych warunkach ciężkiej, nieprecyzyjnej i nieostrej pełnej klatki. Nigdy nie sądziłem, że będę wygadywał takie rzeczy, ale dla jasności, absolutnie, pod żadnym pozorem nie sprzedajemy pełnych klatek – kochamy je i uwielbiamy, są fundamentem DR5000 i nie wyobrażamy sobie pracy bez Nikona D800. Z drugiej strony Olympusa E-M1 pokochaliśmy tak samo mocno i powoli staje się naszym współ-fundamentem. Przed nami sezon ślubny i bardzo, bardzo chcemy jak najmocniej wprowadzić ten aparat do reportażu i portretu, także mam nadzieję najlepsze jeszcze przed nami. W każdym razie już dziś zasłużył sobie na wygodną przegródkę w naszej torbie i w najbliższej przyszłości będzie z nami zawsze i wszędzie.

25 komentarzy

  • mskowronski's Gravatar mskowronski
    16 kwietnia 2014 at 23:36 | Permalink

    Jak zawsze świetnie podany film. Zastanawiam się zawsze czy Ty to wszystko mówisz z głowy, czy masz to bardzo dokładnie przygotowane. Ale nie o tym… Czy mieliście może do czynienia z najnowszymi bezlustrami FUJI, np. X-T1? Czytałem opinie, wg których ten aparat dorównuje, a nawet przewyższa Waszego olympusa. Czy możecie się w jakiś sposób odnieść do tych opinii? Pozdrawiam

    • dr5000's Gravatar dr5000
      17 kwietnia 2014 at 12:21 | Permalink

      Pewnie jakość Fuji jest wyższa, bo matryca jest większa, a optyka Fujinon to ta sama liga co Zuiko. Potencjalnie tak jest, ja nie miałem okazji na bezpośrednie porównanie. Za to Fuji jest większy i nie bez wad (1/4000, wolniejszy AF). Sama jakość obrazowania to gratis, Olympus nigdy nie miał wypierać D800 ze studia i nie zachęca mnie potencjalnie jeszcze wyższa jakość Fuji. Dla nas jakość to wniosek, nie cel :)

      Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co do czego. Tak, większa matryca i większy obiektyw są super, ale zawsze dyskusję skończymy na średnim formacie, wiec lepiej jej nawet nie zaczynać :)

  • Rafał Bojar's Gravatar Rafał Bojar
    17 kwietnia 2014 at 01:25 | Permalink

    Świetny film. Jak dla mnie pierwszy taki kanał na youtube w Polsce na takim poziomie. Dla mnie jesteście świetni! Dzięki za Waszą ciężką pracę. Czekam na następne. Pozdrawiam Rafał

  • brysp's Gravatar brysp
    17 kwietnia 2014 at 11:41 | Permalink

    Mnie natomiast zastanawia, czy porównanie zoom’a 70-200 do stałki 75 mm ma sens? Czy nie lepiej było by porównać go do 85 mm?

    System na pewno jest ciekawy i na pewno warto rozważyć ten brak problemów z FF’ami i BF’ami mająć kilka zer w portfelu, ale gdyby tam było APS-C, to już w ogóle byłaby jak dla mnie miazga :)

    • dr5000's Gravatar dr5000
      17 kwietnia 2014 at 12:16 | Permalink

      Porównanie do 70-200 ma sens, bo to ta sama ogniskowa (ekwiwalent) i prawie dokładnie ta sama głębia ostrości. Poza tym to porównanie do bardzo drogiego Nikkora, czyli pozycja stratna dla Zuiko. Porównanie z 85 – to zupełnie inna kategoria, nie pokrywające się ogniskowe. 85 to portret, 75 to krótkie tele.

      APS-C jest, Fujifilm. I to tak samo dobre aparaty, ale sporo większe i też nie bez wad. Jeśli liczymy zera, to nie E-M1, a E-M10, to dużo bardziej uzasadniony wybór jeśli chodzi o aparat prywatny.

      • brysp's Gravatar brysp
        17 kwietnia 2014 at 13:43 | Permalink

        Owszem, ale jednak zoom, a nie stałka to miałem na mysli. Zuiko to jednak stałka za 3,5 k, a nikkor to zoom za 5,5 k. Oczywiście nie mam nic do tego obiektywu, ale jednak stałka zazwyczaj ma znacznie lepszą jakośc obrazu od zoomu, może lepsze zestawienie by dało porównanie go z jakimś 105 albo 135. Tak czy owak, widać, że ostrość zwala z nóg.

        • brysp's Gravatar brysp
          17 kwietnia 2014 at 13:45 | Permalink

          Wybaczcie zapomniałem dodać: Co do Fuji. No tak jest jeszcze Fuji, ale jednak, nie jest tak wygodny jak OM-D-EM1, nawet ten ostatni, do tego troche mniej obiektywów, więcej problemów ze stopką.

        • dr5000's Gravatar dr5000
          17 kwietnia 2014 at 14:07 | Permalink

          Nikkor 70-200 f/2.8 VR II kosztuje 8000 nie 5500 i jest jednym z najostrzejszych obiektywów jakie produkuje Nikon i generalnie jeśli kiedyś będziesz miał okazję popracować nim przez dłuższa chwilę, koniecznie to zrób. Zwłaszcza w ciemnościach na czasach rzędu 1/10s. Jest magiczny. My rok temu wybraliśmy ten obiektyw z powodu naszej opinii na jego temat ostrości.

          Natomiast to co widzisz na filmie, to nie jest test porównawczy, nie jesteśmy testerami, którzy wybierają co do czego porównają – to my w pracy, fotografowie. I może faktycznie, porównanie do 135tki dałoby lepszy ekwiwalent ogniskowej, ale to teoria, bo w praktyce, przy sesji beauty nie użylibyśmy go. Dlatego, że w praktyce obiektywy DC mają nie ładne kolory i bardzo łatwo tracą kontrast. Do tego AF na „srubokręcie” nie jest tak precyzyjny jak SWM. Są po to po prostu bardzo stare konstrukcje, a przy tak precyzyjnych zdjęciach DC pogrzebał by sesję, albo uczynił z niej jeszcze większy horror niż 70-200.

          A, że Fuji większe – dla tego też i my obejrzeliśmy się za Olympusem.

          • brysp's Gravatar brysp
            18 kwietnia 2014 at 20:14 | Permalink

            W takim razie nie mam więcej pytań, zaufam lepszym ode mnie :)

            Tak czy siak film oczywiście mega !

  • mTeo's Gravatar mTeo
    17 kwietnia 2014 at 14:39 | Permalink

    Filmu nie będę oceniał. Myślę, że wystarczy to, że dopiero po obejrzeniu całości zdałem sobie sprawę, że film trwał 20 minut… na przyjemnościach czas jakoś szybko ucieka. :)
    Wracając do tego o co chciałem zapytać. Otóż od pewnego czasu brakuje mi czegoś do robienia lepszych zdjęć niż te ze smartfona, czy kilkuletniego kompaktu za kilkaset złotych. Chwilowym zatkaniem tej potrzeby-dziury stała się analogowa Yashica należąca do mamy – fotografa, niestety już nie w branży. Jednak koszty filmu/wywołania go/odbitek, oraz ograniczone możliwości eksperymentowania szybko spowodowały, że zacząłem się rozglądać za lustrzanką cyfrową. Z racji chęci zakupu od razu czegoś do filmowania, oraz znajomego w systemie eos myślałem o Canonie, konkretnie 60D, ewentualnie 600D. Za moment mam maturę, więc później będzie trochę czasu żeby odłożyć grosza na sprzęt, który podziała (miejmy nadzieję) kilka lat.
    A tu dziś film! Olympus i nieco demotywująca cena… Jednak po chwili research’u trafiłem na model E-M5, którego cena nie jest drastycznie większa od tej za canona, a przynajmniej na papierze ma zbliżoną specyfikację do E-M1. Nie wiem czy mieliście okazję testować E-M1 oraz 60D, ale jak sądzicie w co lepiej zainwestować pchać się w lustrzanki, czy może bezlusterkowca jakiegoś podobnej cenie?

    • dr5000's Gravatar dr5000
      17 kwietnia 2014 at 14:54 | Permalink

      Dzięki! E-M5 to tak samo dobry aparat, sensie nie wierzę, że ktoś znajdzie choć gram różnicy w jakości obrazowania. Jest też piekny i nie gorszy Panasonic GX7, brak mu jedynie stabilizacji. Ale jest też E-M10 za ledwo ponad 3000zł i on również nie jest kulawy, a jest najmniejszy z całej stawki, najlżejszy i w ogóle jest fajny! ;)

      Możesz rozejrzeć się za Fuji X-T1, ale pomimo, że aparat nie jest większy od E-M1, optyka będzie większa i cięższa.

      Generalnie nie kupuj Canona – to dinozaur! :)

      • mTeo's Gravatar mTeo
        18 kwietnia 2014 at 19:09 | Permalink

        Do planowego kupna jeszcze trochę czasu, a krąg możliwości już poszerzyłem. ;)
        Choć nieco obawiam się ergonom, małego uchwytu, braku runku wtórnego dla obiektywów gigantycznego menu i braku podstawowych funkcji „na wierzchu” a właśnie od tego chciałem uciec bawiąc się kompaktami, to kusi rozmiar i jakość obrazowania, choć przypuszczam, że canon z dobrym szkłem wypada podobnie. Mam nadzieję, ze będzie mi dane pobawić się jakimś bezusterkowym z wyższej półki, aby się przekonać do wyboru lustro/bezlusterkowiec. ;)

        • Rafał's Gravatar Rafał
          22 kwietnia 2014 at 20:15 | Permalink

          Nie rozumiem tego „brak podstawowych funkcji na wierzchu”?
          Przecież jest chyba z 7 konfigurowalnych guziczków. W jakim jeszcze aparacie masz tak dobrze?

          • mTeo's Gravatar mTeo
            23 kwietnia 2014 at 19:05 | Permalink

            Nie miałem w łapkach Olympusa, ale na pierwszy rzut oka tak mi się wydaję. Zresztą niema nad czym się rozwodzić. Mimo, kilku wad, bez wątpienia wolałbym Olympusa, ale myślę, że decydujący wpływ na wybór będą miały jednak finanse, koszty samego body i szkiełek niestety nie należą do niskich. Może w ciągu najbliższych miesięcy coś się zmieni (miejmy nadzieję) i okaże się, że nie będzie trzeba liczyć się z tego typu kompromisami. ;)

  • KubaZ's Gravatar KubaZ
    18 kwietnia 2014 at 12:15 | Permalink

    Oj narobiliście ochoty na Olympus-a. …jednak omd1 i jego cena… spora. Tak pomyślałem że sprzedam mój zapas do d610 czyli d90 i tak pomyślałem nad Olympus-em. Co o tym myślicie, czy warto jest zastąpić d90 właśnie Olympus OM-D EM-5 lub / 10 ?

    • Rafał's Gravatar Rafał
      22 kwietnia 2014 at 20:13 | Permalink

      A co do tego podepniesz?
      Bo jak domniemam do D90 masz szkła od D610.
      Ja właśnie zakupiłem jako dodatkowe body do D700 OM-D EM-1, ale to raczej z myślą spróbowania czy to jest dla mnie. Póki co AF miazga!!! Na plus oczywiście, zobaczymy tylko jeszcze na ile 5-cio-osiowa stabilizacja poradzi sobie z matrycą ciut gorzej zachowującą się na wysokich ISO.
      Póki co jest 12-50 & 45/1.8, za chwilę będzie 17/1.8 a później już tylko 75/1.8 :)

  • Marek's Gravatar Marek
    23 kwietnia 2014 at 15:55 | Permalink

    Ciekawe jak ostrość obrazu wypada w Olympusie E-PL 5 jak tak dobrze jest w OM-D? Interesuje mnie moc lamp Genesis Reporter, które uczestniczyły na sesji – 180 Ws czy 360 Ws?

    • dr5000's Gravatar dr5000
      23 kwietnia 2014 at 16:24 | Permalink

      W tej formie – czyli 900x600px nie sądzę, aby widać było jakąkolwiek różnicę. Myślę, że na poziomie pikseli będzie spora różnica z powodu braku filtra AA w E-M1, ale nie jakaś kolosalna. Moc lamp nie miała znaczenia – fotografowaliśmy w bardzo ciemnym pomieszczeniu, na przesłonie rzędu f/1.8 – jeśli chodzi o watosekundy, to wystarczające byłby canonowe 430EX II lub nikonowe SB-700.

  • fotoaz's Gravatar fotoaz
    6 lipca 2014 at 15:43 | Permalink

    Czesc, mozesz powiedziec, jak ustawic OMD EM 1 w studio, zeby miec jasny obraz w celowniku( korzystac ze swiatla zastanego do obserwacji , a blysku do fotografowania? )

    • dr5000's Gravatar dr5000
      6 lipca 2014 at 21:10 | Permalink

      Custom Menu > D > Live View Boost > On :)

  • fotoaz's Gravatar fotoaz
    6 lipca 2014 at 23:25 | Permalink

    dzieki, oszczedziles mi szukania….menu po polsku wylacze.

  • Paulina's Gravatar Paulina
    30 lipca 2014 at 20:41 | Permalink

    Hej, co powiecie na temat aparatu: Olympus PEN E-PL5? Czy brak wizjera może bardzo przeszkadzać?

    • dr5000's Gravatar dr5000
      31 lipca 2014 at 08:22 | Permalink

      Brak wizjera przeszkadzałby nam, tym bardziej, że w E-M1 nie pokochaliśmy wyświetlacza i wizjer ratuje sprawę. Poza tym ten aparat będzie tak świetny, jak obiektywy do których go przykręcisz :)

  • GENTLEMAN's Gravatar GENTLEMAN
    18 września 2014 at 10:52 | Permalink

    …16 minuta filmu, em-1 nie współpracuje z monitorem. Tutaj podaje link, jest to tylko półśrodek ale zawsze coś, Sam w fotografii produktowej stosowałem poprzednią wersje tego programu s olympusem serii E i było naprawdę łatwiej. http://app.olympus-imaging.com/olympuscapture/index.php?lang=pl

  • Pablo's Gravatar Pablo
    1 czerwca 2016 at 10:06 | Permalink

    Diana, Rafał,

    często choćby w tym artykule o E-M1 piszecie, że nie zamienicie całkowicie D800 czy D810 na E-M1 bo są sytuacje gdzie D810 jest „wymagany”. Czy macie na myśli powody typu piękno danego ujęcia dzięki D810 z jakimś ulubionym obiektywem. Czy raczej chodzi o aspekty techniczne? Jeśli ten drugi powód to proszę podajcie jakieś dwa gdzie nie wykorzystacie E-M1 i musicie zabrać D810? Może koncerty, sesje komercyjne???

  • Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *