081, kierunkowy do Lublina

fotografia dla firm warszawa

Link bezpośredni: http://www.youtube.com/watch?v=ano9v_6N-x8
081 architekci: strona internetowa, fanpage
Wpis: Mieszkanie M+M

Szanowni, Moi Drodzy, Kochani!

Pewnego przeciętnego popołudnia otrzymaliśmy propozycję wykonania sesji zdjęciowej dla pracowni architektonicznej 081 architekci. Kiedy na blogu pokazaliśmy gotowe zdjęcia, ewidentnie nie wszyscy załapali co widzą i wielu myliło rendery ze zdjęciami i na odwrót. Jak zwykle, w krótkich żołnierskich słowach postaram się opowiedzieć więc o tym, że nie była to bułka z masłem i poopowiadam, jak radziliśmy sobie z przeciwnościami.

W momencie kiedy odezwali się do nas architekci, był już prawie w całości zrealizowany gotowy projekt wnętrza mieszkania, a ich inwestor dopracowywał jeszcze ostatnie detale. Dla nas najważniejszym elementem były wizualizacje jakie dostaliśmy od architektów. To do tych „wizek” nawiązywaliśmy zdjęciami i czuliśmy, że im zdjęcia będą bardziej zbliżone do renderów, tym lepiej wykonamy swoje zadanie. I myśląc w ten sposób trafiliśmy w dziesiątkę.

„Przez pokazanie wnętrza w tej wręcz purystycznej formie mogliśmy w duży łatwiejszy sposób pokazać nas jako projektantów oraz styl jaki preferujemy.”

„Od Was oczekiwaliśmy kadrów jak najbardziej zbliżonych do tych komputerowych, bo pozwoli nam to w przyszłości uwypuklić jeszcze bardziej, że realizacja w bardzo małym stopniu różni się od tego co pokazujemy na etapie koncepcji, na wizualizacjach klientowi.”

Tymi słowami rzucili nam więc dokładnie takie samo wyzwanie jak przy sesji obiektywów. Nasze zdjęcia znowu bez wstydu miały stanąć obok kadrów idealnych, stworzonych cyfrowo, a więc tym razem poprzeczka zawisła równie wysoko. Do pracy użyliśmy Nikona D800 i wstępnie chcieliśmy przykręcić dwa obiektywy – Tokinę 16-28 mm f/2.8 i Samyanga T-S 24 mm f/3.5 ED AS UMC. Niestety 24 mm Samyanga okazało się zbyt wąskie i nie wykorzystaliśmy go w ani jednym kadrze. Po prostu wizualizacje wykonane były na krótszej ogniskowej, a większość na dokładnie 16 milimetrach. Szkoda, bo była to idealna okazja do pokazania tego obiektywu w praniu. Jest na prawdę mega wartościowym urządzeniem i jeśli tylko nadaży się okazja, jeszcze o nim opowiem. W tej sesji gwiazdą okazała się wyłącznie Tokina 16-28 f/2.8 i tą Tokiną właśnie wykonaliśmy wszystkie kadry.

Zgodnie ze wskazówkami naszego klienta, chcieliśmy zachować naturalne oświetlenie i dokładnie pokazać jak we wnętrzu rozchodzi się światło dzienne. I już na samym początku zrozumieliśmy, że tym razem łatwo nie będzie. Najpierw założyliśmy, że jak zwykle wszystko oświetlimy i gra gitara, ale w praktyce w ogóle nie było takiej opcji. Przede wszystkim musielibyśmy rozkładać czasem dziesiątki lamp, tak aby odpowiednio eksponować kolejne przestrzenie kadru i replikować naturalny rozkład światła w pomieszczeniach. Do tego wszystkiego, większość źródeł światła musiałaby znajdować się w kadrze i po prostu byłyby widoczne same lampy lub w najlepszym przypadku snopy światła z tych lamp. To było niewykonalne i uznaliśmy, że nie ma co wyważać otwartych drzwi, oprzemy się prawie wyłącznie na modyfikowaniu światła zastanego, które już tam przecież było i było go pod dostatkiem.

Problem w tym, że w renderach źródłem są głównie białe powierzchnie okien. To tak jakby za szybami stały ogromne softboxy, przez co w cyfrowych wnętrzach światło wygląda na bajkowo wręcz miękkie. He! My przecież w realu też tak umiemy i w okna powciskaliśmy wszystkie blendy jakie mieliśmy rozebrane do gołych warstw dyfuzyjnych. We wnętrzu światło stało się mniej kontrastowe i choć może gołym okiem nie zbyt zauważalna była jego nowa jakość, już pierwsze zdjęcie jakie wykonaliśmy, wręcz pachniało renderem. Od tego momentu zatykaliśmy już wszystkie okna jak leci, na ile tylko starczyło blend.

Przestrzenie oddalone od światła dziennego rozświetlaliśmy delikatnymi, bo tam na prawdę nie wiele światła brakowało, pojedynczymi błyskami ze spidlajtów. Dla zmiękczenia błysków, gdzie się dało, odbijaliśmy je od przeciwległych ścian, sufitu, szafy. Jak nie było ściany, stałem za rogiem z białą blendą i od niej odbijałem błyski. To była trudna, precyzyjna i żmudna robota. Ale prawdziwym koszmarem okazała się łazienka. Na te dwa zdjęcia poświeciliśmy literalnie 2 godziny. Trudność polegała na tym, że musieliśmy dopasować kolor błysku do koloru światła LEDowego. Do tego bardzo trudno było separować różne przestrzenie światłą ze względu na małą powierzchnię łazienki. No i cały czas na nasze ręce gapiło się to bezlitosne lustro, które wyświetlało wszystko co wypatrzyło. Nie wiem jak to przetrwaliśmy, ale z łazienki wyszliśmy niemiłosiernie sponiewierani.

Podczas zdjęć cały czas pracowaliśmy z aparatem na kablu. W Lightroomie przygotowane mieliśmy profile barwne, wstępnie ustawiłem właściwy dla tych zdjęć kontrast, balans bieli, korekcje, wyostrzanie i każde kliknięte zdjęcie, bez jakiejkolwiek naszej ingerencji, pobierało ustawienia z poprzedniego i na monitorze wyświetlało się już poprawnie. W ten sposób mieliśmy nie tylko pogląd na kadr z możliwością jego powiększania, ale nasi klienci sami mogli zaglądać i weryfikować co się tam wyprawia w tych ekspozycjach. Wręcz kilka kadrów wyzwolili sami.

To też duże ułatwienie dla naszej koncentracji. W małej przestrzeni łazienki mogliśmy zostawić aparat wewnątrz i fotografować z za zamkniętych drzwi. A to strasznie pomogło na chwilę odciąć się od tego koszmaru i wkleić oczy w ramy monitora. Przy komputerze, na spokojnie, na gotowym obrazie mogliśmy myśleć co jest źle i jak to poprawić. Część kadrów bez podglądu zdalnego w ogóle byłaby niewykonalna, bo niejednokrotnie aparat ustawiony był przy samej ścianie, albo np. w łazience przy samych drzwiach i nie dało się zaglądać na wyświetlacz.

Pojawiło się też kilka problemów pozornie nie do przejścia. Jedna z wizualizacji na przykład wykonana była zza ściany. W przestrzeni wirtualnej, każdą ścianę można po prostu pstryk i wyłączyć, tak powstała wizualizacja sypialni. Nam niestety nie udało się wyłączyć ścainy w realu po mimo, że probowaliśmy przez nią przejrzeć najlepszą CPLką jaką mamy. No nie chciała zniknąć. W zastępstwie kadru ogólnego, wykonaliśmy więc kadr węższy, ale taki, który pokazuje to, co w renderze przyciągnęło nasze oko i naszym zdaniem, oddaje charakter tej sypialni.

Inna kwestia to kolory światła. W wizualizacjach kolor oświetlenia wnętrza, jak i halogenowego, był taki sam jak kolor światła dziennego. W rzeczywistości są to skrajnie odmienne barwy i pomimo, że oczywiście wpadliśmy na pomysł korygowania koloru halogenów, nie wpadliśmy na pomysł jak to w praktyce zrealizować tak, aby nie było widać filtrów i żeby te nie stopiły się od temperatury halogenów. Uznaliśmy, że lepiej użyć lamp i stworzyć światło od podstaw. Choć z perspektywy czasu i odrobiny myślenia na spokojnie, wiem już, że należało wymontować halogenowe żarówki i z aparatem pod pachą pędzikiem udać się do pobliskiego OBI po takie, które są zimniejsze, tak w Kelvinach jak i w Celsjuszach. Np. ledy w oprawkach halogenowych. W sklepie, aparatem można zmierzyć barwę i wybrać te najbardziej idealne, na planie można bezpiecznie podrasować ich kolor, a po wszystkim żarówki można nawet zwrócić do sklepu i odebrać pieniądze.

Trzeba jednak pamiętać, że to zdjęcia komercyjne i nasz sukces w ogromnym stopniu mierzy się również szerokością uśmiechu klienta, nie tylko rezultatami fotograficznymi. Jak to jest w praktyce bardzo wyraźnie widać w tej konkretnej sesji – klient stał tuż obok nas, cały czas pracowaliśmy jawnie na monitorze i nawet nas samych ciekawiło czy w tak nieintymnej sytuacji udaje nam się skutecznie maskować np. poważne tarapaty z łazienką lub brak koncepcji na światło w ogóle.

„Już na etapie samej sesji mieliśmy podgląd na monitorze, mogliśmy ocenić wstępny efekt zdjęć. I już to co widzieliśmy, mogliśmy śmiało powiedzieć że jest lepiej niż przypuszczaliśmy. Oczywiście później na efekt końcowy musieliśmy poczekać ileś czasu, ale to co zobaczyliśmy na sam koniec, no przerosło nasze najśmielsze oczekiwania wiec dla nas jesteście Bogami, naprawdę.”

„Co nas najbardziej zaskoczyło? Mnie osobiście atmosfera, ogólne zrozumienie, zaufanie i to że mimo tego że była to nasza pierwsza profesjonalna sesja to Wasze podejście pozwoliło nam i klientom odnaleźć się w totalnie bezstresowej atmosferze, której efektem są naprawdę dobre zdjęcia.”

Największym dowcipem tej sesji było jednak to, co wydarzyło się jeszcze przed zdjęciami. Do każdego zlecenia staramy się jakoś przygotować i tak było też tym razem, ale tym razem wyszło to zupełnie przypadkiem, bo dokładnie 3 tygodnie przed pierwszy mailem od 081, sprawiliśmy sobie kilkunastogodzinne dokształcanie z fotografii architektury. Niby wiedzieliśmy co i jak, ale chcieliśmy wskoczyć o ten level wyżej. Po tym wszystkim, na pewniaczka ruszyliśmy do uzgodnień dotyczących sesji i między słowami otrzymaliśmy przykładowe antywzorce z dopiskiem brzmiącym mniej więcej „od takiej estetyki trzymajmy się z daleka”. To były dokładnie takie zdjęcia, jakich uczyliśmy się 3 tygodnie wcześniej. Można się z tym kłócić, ale po chwili pracy z architektami dokładnie zrozumieliśmy co jest nie tak, w tym wszystkim czego się uczyliśmy. Ktoś nadał wnętrzu charakter, zaprojektował jego formę, barwę, fakturę, a naszym zadaniem fotografów, jest umieć to wszystko wiernie oddać. Agresywnym świeceniem wszystkiego dookoła moża oczywiście popisywać się pośród fotografów, ale dla projektantów efekt takiego oświetlania to zwykła wiocha i kicz wnętrzarskiego miesięcznika z lat dziewięćdziesiątych. Dobrze, to delikatnie i myślę, że ostatecznie idealnie zrozumieliśmy wizję architektów.

Przy okazji tego zlecenia wykorzystaliśmy odrobinę sprzętu, odnośnie którego mamy zaległości, bo już wspominaliśmy, że go mamy, albo migał w filmach, ale nic ponad to. To więc idealny moment, aby wreszcie powiedzieć cokolwiek o Tokinie 16-28, naszym nowym systemie wyzwalania, statywie i myślę, że właśnie uprzedzam sporo pytań.

Zacznę od Tokiny 16-28 f/2.8, którą pracujemy od grudnia ubiegłego roku i zdążyliśmy już wyrobić sobie bardzo konkretną opinię na jej temat. Taki szeroki obiektyw w naszych rękach ma nielada trudne zadanie. Z jednej strony musi być jasny, kolorowy i ostry od f/2.8, a przede wszystkim, szybko ostrzyć na tej głębi 2.8, aby w ogóle sprawdzał się w ciemnym reporażu. Z drugiej strony, tego samego obiektywu używamy do takich zleceń jak to wnętrze i nie może być mowy o uciążliwych wadach jak dystrosja, niska ostrość w narożnikach, czy jakieś silne winietowanie. Wcześniej, na co dzień używaliśmy mniejszego Nikkora 16-35 mm f/4G, a do poważniejszych zleceń, 4 może 5 razy, wypożyczyliśmy dużego Nikkora 14-24mm f/2.8G. Dla ułatwienia będę je nazywał mały i duży. Nigdy nie mieliśmy swojego dużego Nikkora 14-24, bo to nie miało sensu – w reportażu 24 mm to za szeroki wąski koniec i dłuższy o całe 11 milimetrów, mały Nikkor był po prostu wygodniejszy. Ale już do architektury i krajobrazu duży Nikkor był niezastąpiony. To bez porównania bardziej doskonały obiektyw, lepszy od małego niemal w każdym calu. Niestety Tokina 16-28 wykończyła u nas oba te obiektywy. Wykończyła małego bo jest od niego tak samo lepsza, jak lepszy jest duży Nikkor – w jasności, ostrości, kolorach i przede wszystkim, w największym stopniu w cudownej plastyce obrazu i bokehu. Niestety równocześnie Tokina wykończyła też dużego Nikkora, bo na wąskim końcu ma te dodatkowe 4 milimetry, a w reportażu to być albo nie być takiego obiektywu. W końcu bardzo często fotografujemy ludzi na 28 milimetrach, Nikkorem 28 mm f/1.8, więc Tokina sięga od ekstremalnie szerokiego kąta, aż po cześć naszych portretów.

W 16-28 wszystko jest na miejscu. Obudowany jest plastikiem, ale takim co to trzeba postukać, aby go rozszyfrować. Obudowa jest bardzo solidna. Silnik AF działa, trafia, jest absolutnie wystarczająco zwinny i dyskretny, i jest bardzo pewny. Bzyczy, dość śmiesznie, ale działa idealnie. Optycznie – ostrość, winietowanie, aberracje, większe, mniejsze, ale to wszystko poziom Canonów i Nikkorów za 6000zł. W wersji kinowej, dokładnie ta sama optyka koszuje ponad $4000 i nikt nie narzeka. Choć nigdy nie mieliśmy jednocześnie w rękach dużego Nikkora i Tokiny, oba te obiektywy są bardzo podobne i stokroć bardziej doskonałe niż mały Nikkor, który jest miększy otwarty na f/4 niż pozostałe dwa na f/2.8.

Oczywiście można zacząć czepiac się tego, jak radzi sobie Tokina z ostrym światłem, że jest duża i ciężka oraz na brak gwintu na filtry, ale to takie same zarzuty jak do dużeo Nikkora. Oba mają z przodu ogromną szklaną półkulę, która podchwytuje światło dokładnie tak samo jak stojący na kredensie u babci kryształowy wazon i po prostu trzeba świadomie fotografować takimi urządzniami, na głupa się nie da. Dla nas to żadna nowość, bo np. w trudnym świetle zawsze, nawet dla 70-200 przysłaniamy przednie szkło, jeśli osłona nie wystarczy, to flagą. Tą Tokiną zastąpiliśmy 2 obiektywy i z 16-28 jesteśmy mega zadowoleni. Między innymi dlatego, że dla architektów mogliśmy pracować tym samym obiektywem, którym często wykonujemy… fotobudkę na przyjęciu weselnym…

Na filmie widać również duży nadajnik na stopce aparatu i to jest właśnie nasz nowy system wyzwalania małych lamp – Phottix Odin. Oczywiście to nie jedyne wyzwalacze jakich używamy, ale Odiny pojawiły się u nas wraz z całkowitym odejściem Canona. Wcześniej używaliśmy wyzwalaczy Yongnuo RF-603, bo można wyzwalać je na krzyż, canonowe nikonowym i na odwrót, ale teraz zostaliśmy już tylko z lustrzankami Nikona i postnowiliśmy, że przyszedł idealny czas na bardziej skomplkowane wyzwalanie. Pracujemy nimi na razie zaledwie kilka, może kilkanaście tygodni, ale na razie absolutnie nas nie zawodzą. To wyzwalanie z TTLem, który niedość że działa całkowicie stabilnie, to też bardzo precyzyjnie. SB-900 i SB-910 bezprzewodowo wyzwalają się tak samo dobrze jak i na stopce, wymierzają dokładnie taką samą moc. Wyzwalacze realizują HSS do czasów 1/8000 i z poziomu nadajnika można regulować ustawienia lampy, takie jak zoom palnika, moc czy tryb. To o tyle fajne urządzenia, że można je bardzo elastycznie konfigurować. Zasięg Odinów jest jakiś nieskończony, producent twierdzi, że ponad 100 metrów, ale ja powiedziałbym raczej, że „jak ją jeszcze widziałem, to błyskała”. Działają tak samo dobrze z lampami studyjnymi, z systemowymi spidlajtami i to w każdej dowolnej kombinacji. My używamy dwóch zestawów do dwóch lamp, co pozwala nam wyzwalać dwie lampy poprzyklejane gdzieś tam do otoczenia z całkowcie różnymi parametrami na dwóch korpusach. Ja mogę sobie ustawić TTL, kiedy Diana w tym samym czasie błyska tymi samymi lampami w pełnym manualu. Te Phottixy niby są bardziej skomplikowane i trzeba poświęcić odrobinę czasu na ich poznanie i oswojenie się ze sterowaniem, pomyśleć jak użyć TTLa, ale ostatecznie sporo nam uprościły i przeprowadzka warta była zachodu.

Na filmie widać też statyw, który nie pierwszy raz przewija się w naszych publikacjach. Nie jestem przekonany, że statyw miał kluczowe znaczenie w tej sesji, ale pamiętam ile nerwów nas kosztowała walka z poprzednim śmieciem za 400 zł jakiego używaliśmy i jeśli mogę komukolwiek oszczędzić odrobinę nerwów, to chętnie to zrobię. Ten który mamy teraz to statyw węglowy Triopo GT3230 – jest lekki, sztywny i wysoki. Składa się jak scyzoryk, można przerobić go na monopod. Ta węglowa konstrukcja powoduje, że rurki są ciepłe wręcz przyjemne w dotyku, a jednocześnie na tyle wytrzymałe, że bez obaw przykręcamy do niego kamerę na dużej metalowej głowicy olejowej. Wypowiedzi architektów nagrane zostały z tego statywu. I w ogóle jak tak teraz myślę, to mam wrażenie, że chyba częściej z niego korzystamy niż mi się wydawało jeszcze przed chwilą. Głowica kulowa sprzedawana w zestawie z nogami to model B2 i myślę, że to bardzo dobre połączenie. Głowice można niezależnie obracać w poziomie, można też płynnie regulować opór obrotu kuli i bez problemu dźwiga D800 z gripem i Nikkorem 70-200 VRII. Do tego pod spodem często zawieszamy 5 litrową bańkę wody mineralnej i w całości to spora waga, jak na niespełna półtora kilogramowy, pięcio-sekcyjny statyw, który miał nam mieścić się do bagażu lotniczego.

Koniec. Podsumowanie. Co wynieśliśmy z pracy z architektami? Przychód, portfolio i ogrmną ilość smaku, na nowo uformowanego gustu, doświadczenia które wykorzystamy w przyszłości. Już myślimy jak to przenieść do reportażu. Ogromnie kibicujemy 081, bo jeśli im będzie się wiodło, my będziemy mogli pracować z nimi częściej i doskonalić się w bardzo inspirującej dziedzinie. Jeśli dobrze łącze fakty, 081 są w trakcie realizacji kolejnego projektu, który będzie wyjątkowo atrakcyjny z zewnątrz, a fotograficznie już to będzie całkowicie inna para butów.

5 Comments

  1. Rafał Bojar's Gravatar Rafał Bojar
    22 października 2014 at 22:21 | Permalink

    Jak zwykle pełny profesjonalizm. Podziwiam Was za podeście, wszechstronność i mega luz.

  2. KubaZ's Gravatar KubaZ
    23 października 2014 at 07:35 | Permalink

    Fajny film, ładnie powiedziany :-) …a mam pytanie co was tak konkretnie sklonilo do przesiadki tylko na Nikona?

  3. Drwal Pustynny's Gravatar Drwal Pustynny
    28 października 2014 at 17:39 | Permalink

    Tak z ciekawości zapytam, jakich używacie blend? Chodzi mi głownie o tą dużą postawioną za oknem.

  4. Krzysiek's Gravatar Krzysiek
    20 grudnia 2014 at 21:26 | Permalink

    Cześć DeeRy! :)

    A co z filtrami do Tokiny? Wiem, że nie ma gwintu, bo soczewka wielka, ale czy możecie polecić jakąś nasadkę tak, by jakkolwiek przymocować cokina? Wybieram się z nią na landszafty i szara połówka byłaby miłą niespodzianką ;-)

    Fajnie, że jesteście, jeszcze fajniej, że się dzielicie. Dzięki!

    Pozdr,
    Krzysiek

    • dr5000's Gravatar dr5000
      20 grudnia 2014 at 22:03 | Permalink

      Dzięki! Filtry pasują w rozmiarze X-Pro – jest holder, jest też mocowanie od 14-24. Nam przeszkadzało nieco to, że to takie dość toporne rozwiązanie i mamy swoją dorobioną tulejkę do holdera X Pro, ale jeszcze nie mogę jej pokazać, bo wygląda tak, że aż wstyd :) Nie mam kiedy jej dokończyć, ale jak tylko to zrobię, podzielę się.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *