Są takie śluby, na których przyjemnie jest po prostu być. Oglądać, podsłuchiwać, czuć te wydarzenia i móc za nimi podążać. I to był jeden z takich ślubów. Zwyczajnie bardzo chcieliśmy tam być, aby móc zobaczyć co będzie dalej. Tak, ślub Gosi i Martina wciągnął nas jak serial o lekarzach i to taki amerykański, nurt chicagowsko-kalifornijski ;)

Martin. Facet w genialny sposób posługuje się językiem polskim, ale zapytany o spinki do mankietów odparł, że są w klozecie. Obrączki też. Po czym przyszły teść, bez zawahania odwrócił się do szafy i wyjął biżuterię.

Gosia. Włączyliśmy tryb niewidzialności i kiedy, pomimo, że byliśmy metr, może dwa, od nich, zniknęliśmy im całkowicie z oczu. Kierowca chciał z nami ustalić co dalej, a Gosia rozglądając się nad głowami gości odparła: „to trzeba ustalić z dwójką takich przepięknych ludzi, którzy gdzieś tu…”.

No jak ich nie pokochać?! Było cudownie! A no tak, robiliśmy też zdjęcia. A więc, oto reportaż! ;)